Osy rządzą. Przynajmniej w tym roku. Komary pewnie niedługo będą gatunkiem chronionym. Dziś widziałam jak dwie ważki walczyły o jednego mizeraka. Rządzą nie tylko w Polsce, ale wiem z wiarygodnych źródeł, że także w Niemczech, Litwie, Łotwie i Estonii. Czyli, podsumowując, nie występują tylko na moim tarasie 🙂

Kiedy poszliśmy z Młodszym na wspaniałego, pysznego, bajecznego pstrąga, od razu się jedna doczepiła. Zaczęłam ją odganiać, bo wędrowała za widelcem, który zmierzał w kierunku moich ust. W sumie lubię białko, ale nie żywe i nie z żądłem! Syn oddzielił szkielet ryby i odsunął się, pozwalając się osinie posilić. Po chwili ją przegonił, poskubał ryby, a osa krążyła mu nad głową. No, więc znowu pozwolił się jej poczęstować nie niepokojonej, z czego skrzętnie skorzystała. Powtórzyła się ta wymiana chyba trzykrotnie i osa odleciała, no bo ile takie maleństwo zje?

Przyglądałam się skubiącej pstrąga osie i wcale nie wydała mi się ani groźna, ani obrzydliwa. Ale przyglądałam się i Młodszemu i myślałam, skąd ty się wziąłeś taki cierpliwy, tolerancyjny, akceptujący? To raczej nie moja krew 🙂 Ja się odganiałam, on przygarniał. Osa zrobiła nam test na inteligencję społeczną, w którym wyszłam raczej blado… 😦

osy

Ostatnie tematy notek są wakacyjne, może nie emocjonujące, ale pełne emocji. Tych dobrych.

Moje wakacje też nie są takie zupełnie luz-blues. Dziś np. zaczęłam naukę chodzenia w okularach „na stałe”. Masakra. Po wyjściu od optyka dostałam takich zawrotów głowy, że musiałam je zdjąć. Podłoże i wszystkie powierzchnie płaskie dałabym głowę mają przechył na prawą burtę, a ja mam regularną morską chorobę, czyli mdli mnie, delikatnie sprawę opisując. Do chwili powrotu do domu muszę nauczyć się je nosić sprawnie i to jest taki czas na naukę. Trudno, jak mus to mus, a mus to wielki pon (pan) 🙂