Zawsze dużo czytałam. Nie zapamiętuję zazwyczaj ani autorów, ani tytułów. Do niczego nie jest mi to potrzebne, liczy się sam proces obcowania z książką, jako na mniej lub bardziej wartościowy sposób spędzania czasu.

Nie przepadam za poezją, choć potrafi mnie zachwycić, wzruszyć, umiem ją docenić lub wprost przeciwnie, ale nie ufam poetom. Za poezją łatwo się ukryć, schować, a mnie w książce także interesuje autor i to, co opisuje jakby mimochodem lub o czym nie pisze.

p1

Nie łatwo mnie uwieść jako czytelniczkę, choć zadowolić już tak. To pierwsze do niedawna udało się tylko Stephenowi Kingowi. Kocham jego prozę miłością czystą i wierną, choć, jak wszyscy pisarze, ma swoje lepsze i gorsze pozycje. Zdumiewa mnie umieszczanie jego książek na półce „horrory”, bo dla mnie jest to przede wszystkim znawca ludzkiej psychiki. A może ta kategoria właśnie z tego względu jest adekwatna? 😉

Od niedawna do Kinga dołączył Twardoch. Szczepan. Znam jeszcze innego Twardocha, mojego pracownika, którego początkowo mocno sekowałam, a potem nagrodziłam, przyznając się do błędu. Może to rodzina? Muszę się podpytać  😉

p2

Pisałam niedawno o prezencie, jaki dostałam: dwie książki Twardocha „Drach” w wersji standardowej i edycyji ślonskiej. Zastanawiałam się, jak je mam czytać? Którą pierwszą? Tyle, że ja z zasady nie czytam żadnej książki dwa razy. Postanowiłam więc, że będę na przemian czytać rozdziały w gwarze i w nie-gwarze.

Zaczęłam od gwarowej i wymiękłam. Nigdy nie znałam gwary pisanej, tylko mówioną, a to ogromna różnica. „Strom”. Co to do cholery jest?! Zamknęłam uczy, powtórzyłam sobie na głos po cichu to słowo i nagle zobaczyłam obraz: ogródek działkowy, wspinam się na drzewo za starszymi kuzynami, są wujek i ciotka i ona krzyczy „złaź gibko z tego stroma!”. Jest przestraszona, więc używa archaicznej gwary. Modlimy się i boimy w języku ojców. I już wiem – strom, to drzewo 🙂 Większy kłopot miałam z sornikiem. Nie, to nie sernik 🙂 To sarna, tyle że w gwarze śląskiej ma rodzaj męski. Ale tego słowa znać nie mogłam. Tam, gdzie mieszkam, nie ma saren. Pewnie hałdy to nie ich naturalne środowisko 😉 Ale z rozdziału na rozdział szło mi coraz lepiej i tylko od czasu do czasu musiałam korzystać ze słownika.

Jest w nas gdzieś język dzieciństwa i nawet jeśli wydaje nam się, że już jest obcy i niedostępny, to przecież nadal jest. Bo dzieciństwo, to całe nasze życie. Możemy starać się je wymazać, zapomnieć, przekreślić i na końcu uznać za pokonane, jeśli nie było takie, jak chcieliśmy, ale to tylko nasza nieuzasadniona buta młodości pozwala nam się łudzić, że to możliwe. Dzieciństwo pozostawia niezatarty ślad. Dlatego tak bardzo krwawi mi serce, gdy dziecko dotyka krzywda. I tak bardzo brak mi złudzeń, że ciemne dzieciństwo może zrodzić jasnego człowieka. Nie wierzę w to, choć bardzo chciałabym się mylić. Książka Twardocha tylko upewnia mnie w tym przekonaniu.

Gwary praktycznie nie używałam nigdy, ale ją słyszałam. Jedynie w czasie przygotowywania wigilii rozmawiałyśmy z mamą gwarą. Nie wiem, czemu tak? A teraz moja wnuczka prosi ojca, żeby ją nauczył śląskiego 🙂 Mission impossible 🙂 Musiałybyśmy z sobą więcej przebywać, musiałby wygrać prawo do opieki… 😦

Ale to inna historia. Miało być o Drachu.

cdn.

Reklamy