A dokładnie to ewentualnej synowej. Nie lubię jej i już. I mam powody. Litościwie o nich zmilczę, musicie mi uwierzyć na słowo.

Nie wiem, czym nagrzeszyłam aż tak, że Pan Bóg mnie karze takim żeńskim asortymentem. Starszy jeszcze się nie rozwiódł, a młodszy przyprowadza mi do domu kogoś toczka w toczkę podobnego. I to, niestety, nie z wyglądu, choć sam jeszcze nie tak dawno wieszał na szwagierce wszystkie okoliczne psy, a i dla brata litości nie miał. Już nie milczę, jak za pierwszym razem, ale Młoda ma tupet i uważa, że żartuję. No, tak to niby podaję, ale jakby miała jeden zwój więcej, to by do niej dotarło, że te żarciki, to raczej miłe nie są. Osłania się Młodym, a ten jej broni, jak niepodległości.

Rozmowy nic nie dają, bo Młody mi rację przyznaje, ale nader lekce traktuje całą sytuację. Baran się zakochał, będzie kiedyś płakał i daj Boże Miłościwy, żeby prędzej najlepiej jutro, niż później. Nie w tym problem. „Za każdy krok fałszywy, za każdy błędny krok, zapłacisz życiu grzywnę, dostaniesz sójkę w bok”. „Cierp ciało, kiedyś chciało”. Ani trochę nie będzie mi go żal. Ale siebie, już tak.

Z tego wszystkiego się pochorowałam. Bo to nie skończy się dobrze. Już przywlokła za sobą kłopoty i coś mi mówi głośno i wyraźnie i to raczej nie urojenia, a głos rozsądku, że to dopiero początek. A ja jestem już taka zmęczona 😦 Najprościej byłoby wywalić ich z domu, ale syn jest dobrym dzieckiem, a trudno go za głupotę karać.

Siedzę więc i kombinuję, jakby jej obrzydzić mieszkanie u mnie. Póki co jest 1:0 dla Młodej – to ona mi obrzydziła mieszkanie we własnym domu. Uczciwie acz niechętnie przyznaję, że się starają bardzo, tylko co mi z tego? WIEM, że to się dobrze nie skończy; nie ma takiej opcji. Po co więc mam cierpieć za z góry przegrana sprawę?

Nasz dom zawsze był otwarty na znajomych synów, a mieli ich wielu, różnej płci. I nigdy nikogo tak nie znielubiłam, jak jej. Prawdę mówiąc, to wszystkich darzyłam sympatią. Nawet wnuczka jej nie lubi, co jest bardzo nietypowe, bo też ma kontakt z wieloma „ciociami” i „wujkami”. Dzieci mają swojego czuja. W końcu jakoś muszą przetrwać.

I ja mam swojego czuja, a on mi mówi, że na pójście na starcie, to mi się średnio opłaca, bo może i pozbędę się tego tłuka, ale i syna przy okazji, a to kiepski interes. Pojawia się w tym momencie znienawidzone przeze mnie słówko CIERPLIWOŚĆ. Tyle, że to nie jest moja najmocniejsza strona, a i zmieniać się na starość nie mam ochoty. Tak więc, szlag mnie jasny trafia, na zmianę z depresją.

Oczywiście sprawę rozwiązałoby osobne zamieszkanie, ale na to szans nie daje mi nawet dobra zmiana.

Mogłabym jeszcze pobruździć, uknuć jakąś intrygę, ale to nie moja bajka. Nie umiem tego.

A może, jeśli przeczyta to jakaś młoda dziewczyna, to podsunie mi jakiś pomysł, co by ją zniechęciło? 😉 Tylko proszę, bez solidarności jajników. To jest naprawdę wredna s…synowa (ewentualnie i nie daj Boże, przyszła).

12