Sen nie chce przyjść. To pewnie przez to, że wieje niemiłosiernie, złowieszczo. Tak, na pewno przez to.

Bo przecież nie dlatego, że wszystko się tak poplątało, jak zwykle nieprzewidywalnie i beznadziejnie. I nie ma dobrego wyjścia z tej absurdalnej sytuacji. Wysilam się jak mogę, żeby coś wymyślić, ale bezskutecznie. Nie lubię być bezradna.

Wiatr szarpie żaluzjami.

Jutro muszę to i tamto i nie ma zmiłuj, więc powinnam się położyć, a mnie męczą, gnębią, nękają pytania bez odpowiedzi: dlaczego tak się porobiło? co mogłam zrobić lepiej, mądrzej?

Chyba powinnam zamknąć okno, bo ostatni poryw prawie nie zerwał mi żaluzji, ale tak bardzo mi potrzeba świeżego powietrza, więc ryzykuję i nie zamykam. Inaczej się uduszę.

Nie, nie dokucza mi samotność. Jest dla mnie w tej chwili błogosławiona. W dzień nie byłam sama i to mnie dobiło. Nie chcę widzieć i wiedzieć tego, co zobaczyłam i usłyszałam. Jakby całe moje życie nagle stało się bezsensowne, bezużyteczne, zmarnowane.

Wiatr przeniósł się w inną uliczkę, więc chwilowo żaluzje są bezpieczne.

Ale ja nie. A przecież jeszcze tak niedawno uznałam, że mogę odetchnąć, odpocząć i cieszyć się tymi ostatnimi latami, które mi zostały. Były „Dzieci gorszego Boga”, a ja pewnie jestem dzieckiem przewrotnego i psotnego Boga, który chce mi udowodnić, że próżne radości i spokój, bo nie to mi pisane.

A może to szalejący wiatr nasuwa mi takie myśli?

Szukam ukojenia w tym, co zawsze ukojenie mi dawało. Słucham piosenek Okudżawy. Czasem myślę, że wiał nam ten sam wiatr…

wr6

Teraz chyba już zasnę.

 

 

I wersja polska. Warto posłuchać słów – są i piękne i mądre.