Dałam sobie słowo, że tej wiosny nikt mi nie odbierze. Jakoś tak się składało, że w  porze roku, którą lubię najbardziej, przez ostatnie lata wydarzały się jakieś nieszczęścia. Tym razem miało być inaczej. No i masz babo…wirusa 😦

wr7

Czuję się zupełnie pusta. Nie wiem, co robić. Wiem tylko, czego nie robić, a to nie to samo. W sumie nic ode mnie nie zależy. Wszystko, co robię, jest wymuszone. To nie jest pierwszy trudny okres w moim życiu, ale teraz wiem, że nie tylko ja nie wiem. Nikt nic nie wie na pewno. Nie wiem nawet, czy i kiedy będę się mogła spotkać z najbliższymi, wypić kawę, ponarzekać 🙂 😦 No i przytulić…

Tę moją pustkę wypełnia od czasu do czasu, na szczęście na krótko, zdumienie i rozczarowanie. Bo przez chwilę jedną wierzyłam naprawdę, że w obliczu takiej tragedii ludzie staną się bardziej ludzcy. Ale nic się nie zmieniło. Rządzący nadal nas okłamują i nawet nie zadrży im powieka. Dziś wysłuchałam rozpaczliwej wypowiedzi Roberta Górskiego (mam nadzieję, że nie pomyliłam nazwiska), lekarza pogotowia z Zielonej Góry, który po prostu nie mógł już dalej milczeć, słuchając bzdur, że maseczki nic nie dają zdrowym. W sumie wiedziałam to od dawna, bo to logiczne: jeśli zaopatruje się w nie lekarzy z pierwszej linii „frontu”, to przecież nie dlatego, że wszyscy są chorzy, na miłego Boga! Nie ma pieprzonych maseczek, więc nie ma i innego wyposażenia medycznego do walki z wirem. Koniec kropka. Nawet, gdyby powiedzieli, że to wina Tuska, to i tak byłoby to bardziej humanitarne łgarstwo, niż przekonywanie ludzi, że maseczki mogą zdrowym tylko zaszkodzić. I ten lekarz – desperat, ale praktyk, właśnie z pierwszej linii „frontu”, przewiduje, a ja mu wierzę, że za trzy tygodnie nawet umierających nie będzie zabierać się z domu, bo niby gdzie? I to też jest logiczne. Chorzy muszą najpierw wyzdrowieć, a to trwa. A ilość zakażonych rośnie. A ja chciałabym się tego dowiedzieć od rządzących, że tak może być i w co się zaopatrzyć i jak zachowywać w takiej ekstremalnej sytuacji. Lepsze to od udawania, że wszystko będzie dobrze. Może i tak. A może nie.

Najgorsza jest niepewność. To przez nią jest mi tak pusto, bezradnie. Mając wiarygodne informacje o stanie przygotowań (lub jego braku) mogłabym jakoś zadziałać, nie czułabym się z tym problemem taka osamotniona. Szumowski i jego podkrążone oczy już nie wzbudzają mego współczucia. Olaliście rozpaczliwy protest stażystów, olaliście doniesienia opozycji o katastrofalnej sytuacji służby zdrowia, zamykaliście szpitale i teraz mamy co? Jajco. Wy się wybronicie, wyleczycie siebie i swoje rodziny. Nie zabraknie dla was respiratorów i łóżek ze świeżą pościelą w pojedynczych pokojach. I ocalicie stołki wypełniając polecenia, oderwanego od życia przez całe życie, prezesa, za cenę oszukiwania ludzi, za których jesteście odpowiedzialni. Panie ministrze Szumowski, jak może pan nie zaprotestować przeciw wyborom w maju?! Przecież pan wie…Szkoda słów.

Nie mamy szczęścia do rządzących. Jak Polska Polską zawsze ratowało nas pospolite ruszenie, taki narodowy instynkt samozachowawczy. Może kolejny raz nam się uda?

A ja tak bardzo nie chciałabym liczyć wyłącznie na fart i ofiarność rodaków, ale tego już nie doczekam. Jeśli wybory będą się łączyły z podpisywaniem listy w rękawiczkach i ryzykowaniem zdrowia moich najbliższych, to je pierwszy raz w życiu oleję. Curwa co za kyrk.