Mam za sobą trudny czas i stan emocji z kategorii „bez kija nie podchodź”. Odpuściłam więc sobie na jakiś czas blogowanie, bo ja prosta kobieta jestem: co na sercu, to na klawiaturze 😉 A Wy przecież niczemu nie jesteście winni.

Synowa złożyła kolejny pozew, zupełnie bez sensu, ale mocno rozbujała łódkę z synem i wnuczką w środku. Pozew w Dzień Dziecka (o wyłączną opiekę), a w urodziny syna była kontrola kuratorska. Suka.

Moja była szefowa, też suka 🙂 zrobiła to, co kocha najbardziej, tzn. zatruła życie emerytom, życząc sobie najpierw zaświadczenia o dochodach wyłącznie przez pocztę (do tej pory przesyłałam je mailowo), a kolejne, poprawione dane (nie z naszej winy) – z osobistym doręczeniem. Musiałam kolejny raz fatygować Młodszego, który nie odmawia, ale ledwo zipie.

Wcześniej się rozchorowałam, nic nowego, ale tym razem z gorączką, więc trochę spietrałam. To dziwna choroba. W czasie rzutów wydaje się, że nigdy nie miną i jest się zupełnie bez sił. Młodszy mi robił zakupy 😦 Starszy chroni się jak może, bo przy jego stanie zdrowia zarażenie na pewno nie skończyłoby się dobrze. A mieszkamy w samym centrum epidemii, do tego wśród baranów, którym nie chce się włożyć maseczki w sklepie. Miewam naprawdę mordercze instynkty.

I jeszcze kilka pozornie prostych spraw do załatwienia, które OCZYWIŚCIE musiały pójść nie tak. Sypią się instytucje, państwo rozłazi się w szwach, a najbardziej obrywają szaraczki na samym dole.

Na koniec okazało się, że być może spełnią się moje marzenia i to przerosło moją wytrzymałość. Wpadłam w panikę.

Wszyscy są podminowani, nerwowi, choć na zewnątrz udają chojraków. Czytam Bastion Kinga i obawiam się, żeby jego przewidywania co do rozwoju wypadków się nie sprawdziły. Na razie jest tak, jak opisał epidemię zabójczej grypy w 1988!

Jestem już taka zmęczona. Niech się to już wszystko skończy. Najlepiej dobrze.

w5