To miał być kolejny, spokojny dzień Kopciuszka, rozkładającego na nowych miejscach stare życie, kawałek po kawałku, z opcją „kosz”. Trochę refleksji, trochę sentymentu, dużo zdziwienia. Nawet nie najgorzej mi szło, choć zdecydowanie przydałyby mi się jeszcze dwie nogi i dwie ręce.

I nagle cały spokój diabli wzięli, choć Asmo twierdzi, że diabłów nie ma 😉 Młody kolejny raz skręcił nogę w kolanie, w zupełnie banalnej sytuacji. Ta noga była kiedyś złamana i skręcona, ale wyleczona, jednak już nigdy nie będzie taka, jak nowa 😦 Był w górach, a urazu doznał, gdy już wracali, w jakiejś przydrożnej jadłodajni, gdy przekraczał ławkę, żeby nie przepychać się przez innych na niej siedzących. Diabli nadali. Był na SORze, przebadali, przepisali, zalecili, przyjechał po kule i lekko odetchnęłam.

A przed chwilą Starszy, który był popołudniu z wnuczką z wizytą, dzwoni, że ma w domu (kamienica) wojnę, w sumie nawet nie wie kogo z kim, tyle, że oberwał od (chyba) cywilnego policjanta, bo go nie chciał wpuścić, nie wiedząc, kto to. Użyto broni, więc sytuacja była naprawdę kiepska. Żeby nie było, to naprawdę spokojna, zadbana kamienica, żadna melina. Jedno mieszkanie jest podnajmowane przez spółkę zatrudniającą obcokrajowców i to chyba była nagonka miejscowych na nich.

Na dziś mam dość. Nie czuję się już w tym kraju bezpieczna. Niech to diabli…

 

ws9