To, co dzieje się w kraju, jest tak beznadziejne i przygnębiające, że ludzie (oczywiście nie wszyscy) wyznaczają granicę swoich zainteresowań do regionu, gminy, rodziny i znajomych. Szukają miejsca, gdzie mogą czuć się bezpiecznie, bo poczucie bezpieczeństwa, to jedna z podstawowych potrzeb.

A ja nie czuję się bezpiecznie. Zmieniła się nie tylko Polska, ale i Śląsk. Nawet dzielnica i  kamienica, gdzie się urodziłam i wychowałam są inne, odstręczające. I to się już nie zmieni. Szkody poczynione ostatnio jakiś nowy rząd może relatywnie szybko naprawić w sferze finansowej i wizerunkowej, ale demony wyzwolone z najniższych ludzkich pobudek, pozostaną na długo. Może już na zawsze. Tyle wysiłku mądrych, bezinteresownych, ofiarnych ludzi szlag trafił. To niepowetowana strata i nie jest to żaden banał.

Zastanawiam się, jak to jest, jak to się stało, że z rezolutnego dziecka, odważnej nastolatki i młodej kobiety, stałam się niespokojną, a momentami przerażoną starszą panią? Kiedy pojawił się u mnie ten lęk? Będąc zmuszona do grzebania się we własnej przeszłości z racji porządków domowych, przeglądając szpargały z przeszłości, szukałam momentu, kiedy zaczęłam się bać. Na pewno po urodzeniu Starszego. W momencie pojawienia się na świecie dziecka, pojawia się lęk o nie i ten nie opuści normalnego rodzica już do śmierci. Tyle, że nie taki lęk mam na myśli…Lata 90-te były pełne nadziei, eksplozją inwencji i kreatywności. I wiary, że wszystko jest możliwe. Potem było już tylko gorzej. Ale jeszcze się nie bałam. Może dlatego, że byłam młoda, silna, prężna? A może dlatego, że byłam naiwna? Sen z powiek spędzały mi kwestie materialne – chłopcy rośli, a ja nie chciałam, żeby czuli się gorsi od rówieśników. Znalazłam na to jedną radę: muszę więcej pracować. To miało swoje konsekwencje, których skutki odczuwam do dziś. Ale OK, coś za coś. Jeszcze wierzyłam, że warto. A potem/teraz okazało się, że praca wcale nie popłaca. To był/jest w mojej śląskiej mentalności wielki krach w hierarchii wartości. Poczułam się przegrana. I oszukana.

Nie mam zaufania do żadnej instytucji państwowej. Bo niby do jakiej miałabym mieć? Do firm prywatnych także nie. Kto ich rozliczy za nieuczciwość? Sąd? Mamy jeszcze jakiś? I żeby nie było, że to notka antypisowska. Nie. Wcześniej też doświadczyłam spektakularnych aktów nadużycia i nieżyczliwości władzy. To w sumie zabawne jest, bo z natury jestem legalistką 🙂 Ale wtedy mogłam opisać to bez obaw na blogu. Dziś się boję.

Ale to nie ja jestem ważna. Mój czas dobiega końca. Ciekawi mnie, jak sobie poradzą z tym całym bajzlem młodzi? W efekcie tego kurczenia się poznałam (fb) bardzo obiecującego, młodego polityka, Łukasza Kohuta, europosła ze Śląska. Wróżę mu karierę polityczną. No chyba, że go uwalą. Byłaby szkoda, choć nie byłby to  pierwszy uwalony z pracowitych, mądrych i oddanych Polsce.  Podoba mi się to, że propaguje edukację obywatelską młodzieży. A nie partyjną, jak dotychczas (mój dopisek). Uda mu się? 🙂

Jakoś tak smutno odchodzić bez nadziei, więc młodzi ogarnijcie się. Nie tylko dla swoich rodziców i dziadków, ale dla siebie. Inaczej czeka was systematyczne kurczenie się.

 

wrz4