Skorzystałam dziś po raz pierwszy z tzw. teleporady. Kompletna porażka. Może dlatego, że, o zgrozo!, chciałam czegoś więcej, niż wypisania recepty.

Znam moją lekarkę rodzinną od wielu lat, więc wiem jaka jest. A raczej, jaka była. I wiem, czemu się zmieniła. Wcale nie przez Covid. Po samowyeliminowaniu się tzw. lekarzy specjalistów, wszystko spadło na barki rodzinnych. Przynajmniej tych, którzy nie robią z siebie idiotów i nie udają, że ich pacjent uzyska właściwą pomoc we właściwym czasie u specjalisty. To mission impossible. To nie jest pomysł PiS, żeby ci geniusze mieli garstkę pacjentów na 8 godzin pracy (dokładnych limitów nie znam). Oczywiście w tzw. międzyczasie przyjmują różnych znajomków, bo jak odmówić potrzebującemu (znajomemu) ? Dzięki temu ma się potem wejścia (długi wdzięczności) i tu i tam. Nepotyzm nr 1. Rodzinni mają przechlapane: albo skazują pacjenta na brak leczenia przez dłuższy czas albo są tak przeładowani pracą, że na kontakt z pacjentem mają po kilka minut teleporady.

Specjalistami najszybciej i niezawodnie zostają lekarskie dzieci lub pociotki. Nie zawsze, ale przeważnie. A już kariera pod postacią np. konsultantów wojewódzkich, stoi przed nimi otworem. Nepotyzm nr 2. Nie przypadkowo w tym światku wzajemnych usług i przysług powtarzają się nazwiska i to wcale nie w typu „Kowalski”. Jaki jest skutek? Mroczny. Trafiamy do nadętego speca, choć zazwyczaj nie z dziedziny, którą się legitymizuje. Albowiem ci, którzy nie mają rodowego lekarskiego nazwiska musieli opanować do perfekcji sztukę dupowładztwa, co miłe (fuj!) w sumie nie jest, więc potem odbijają sobie to na pacjentach.

Wracając do lekarzy, którzy chcą nam pomóc…Oni muszą mieć czas. Wywiad kliniczny, dokładny, bez reżimu czasowego, jest gwarancją tego, że już na wstępie można wyeliminować niektóre badania i konsultacje specjalistyczne (haha). Ale tego czasu nie mają. Przed teleporadą z pomocą własnej (ograniczonej) wiedzy i wujka Google, przygotowałam sobie kierunek w jakim muszę poprowadzić rozmowę i czego pilnować. Polecam.

Miałam to szczęście (albo nieszczęście), że pracowałam w służbie zdrowia, miałam wielu znajomych wśród lekarzy i wiem, co wiedzą, a czego nie. I, że nie mogą się do tego przyznać. Do niewiedzy, znaczy. Muszą, bo tak im wpojono, sprawiać wrażenie kompetentnych. Byłam ofiarą takiej manipulacji (bo to udawanie jest manipulacją) niejednokrotnie i czułam się fatalnie. Potraktowana bez szacunku. Jak głupek. Każdy pacjent ma prawo do prawdy.

Szkolenie lekarzy w Polsce, i to od wielu lat, jest archaiczne. Opiera się na zasadzie, często wątpliwego, autorytetu. Może to działało wtedy, gdy nie było internetu, a pacjenci byli analfabetami. I kiedy miało się czas i ochotę na rozmowę z nimi. Dziś samego pacjenta traktuje się jak obiekt, którego należy poddać badaniom i tylko ich wyniki się liczą. I faktycznie, dla chirurgów, dentystów, ortodontów to jest realna wartość diagnostyczna, ale dla wielu schorzeń zaledwie pomocna, acz nie rozstrzygająca o sposobie leczenia.

Jak na mój styl, to przydługa notka, a mogłabym jeszcze długo o tym 😉 bo wkurw mnie bierze, kiedy widzę, jak nieprofesjonalni są nasi medycy, że pominę już kwestię natury etycznej.

Co nam pozostaje? Przede wszystkim domagać się tego, żeby pieniądze szły za pacjentem. Pacjent musi mieć wybór, a nie być skazańcem z wyrokiem na kontakt z kimś, kto go oszukuje i zwodzi. I to jest ta lepsza opcja. W gorszym wariancie przerzuca na pacjenta winę za jego stan zdrowia. Są choroby, gdzie żadne ruszanie się i zdrowe odżywianie się nic nie pomogą i wciskanie ludziom takiego kitu jest haniebne, bo poza chorobą aplikuje się im dodatkowo poczucie winy. Przynajmniej ja poczułabym się znacznie lepiej, gdyby powiedziano mi otwarcie: nie wiem, jak mogę pomóc, bo nieznana jest przyczyna pani choroby. Można wytłumaczyć, uprzedzić o sposobach ewentualnej pomocy i jej skutkach ubocznych. Można okazać zrozumienie, wysłuchać. To bardzo wiele, bo pacjent zazwyczaj zostaje ze swym bólem lub niepełnosprawnością sam. Lekarzowi nie spadłaby też korona ze łba, gdyby okazał zwyczajne ludzkie współczucie.

Tak, wiem, chce zbyt wiele…