Podobno milczenie jest złotem. Jeśli tak, to jestem prawdziwym bogaczem. I dziś też powinnam zamilknąć, bo tak byłoby najlepiej. Tyle, że to mogłoby potrwać i na koniec dnia wina byłaby moja, bo…milczałam. A ja po prostu nie chcę dołować, wpadać w minorowe tony, ani oszukiwać, że jest u mnie wszystko OK, bo nie jest. I chyba nigdy nie będzie…

Może się komuś wydawać czytając moje notki, że kurczowo trzymam się synów. No, to oznajmiam, że jest dokładnie odwrotnie. Ile razy chcę umknąć w swój, w końcu całkiem nieskomplikowany, świat, przyciągają mi cugli. Dla jasności: to dobrze sobie radzący w życiu, czasem niełatwym, faceci. Żadne tam maminsynki. Zawsze uważałam, że nie mając majątku, jedynym posagiem, jakim mogę ich obdarzyć, jest samodzielność. Ale…

…potem się porobiło…

Nie było w tym żadnej mojej złej woli, żadnej winy, ale na koniec dnia i tak jestem winna. Nie ja podejmowałam decyzje, krzywdzące i niesprawiedliwe, ale „przecież mogłam się sprzeciwić”. Tak ON to wie, że g by to dało, ale chce mojego opowiedzenia się, protestu i przez to wyrównania krzywdy (?). Drugi chce tego samego, tylko w drugą stronę. Żaden nie myśli, co byłoby na końcu – rozpad rodziny. I wtedy naprawdę byłabym winna.

Miałam w pewnej chwili nadzieję, że te wszystkie zaszłe sprawy, tyle razy mielone, poszły w niebyt. Nie poszły. Są i pewnie będą na wieczność. O co chodzi? No, jak to o co? O spadek! I to nie po mnie. Póki co, jeszcze żyję. Chyba.

Moi rodzice okazali się kretynami, poróżnili mi synów i sobie umarli, a ja zostałam z tym bajzlem. I nigdy się z niego nie wygrzebię. Chyba, że znalazłby się jakiś rozjemca. Albo chociaż gdyby okazali się zdolni, moi synowie znaczy, do prostej refleksji – ten spadek należał się mnie i nie drę japy i nie domagam się.

Ta cała sytuacja nie jest taka prosta. Gdzieś tam jest drugie dno. A może i trzecie, ale nie mam już siły, ani ochoty, żeby się w to wgłębiać. MAM DOŚĆ.