Podobno od przybytku głowa nie boli, ale też podobno, co za dużo, to niezdrowo. I wtedy przydaje się niszczarka.

Dziś zamierzałam znaleźć jedno z nielicznych zdjęć mojej babci. Poległam. Wiem, że GDZIEŚ jest, ale gdzie? Kilka opasłych albumów, sterty zdjęć luzem…Kiedyś zamierzałam (i zaczęłam) je porządkować, ale nie poradziłam sobie. Życia by mi nie starczyło, a poza tym…No, właśnie…Dla kogo miałabym to robić? Synowie nawet teraz nie są nimi specjalnie zainteresowani, a wnuczka nie będzie miała bladego pojęcia, kto na tych fotkach jest.

Kiedyś, ktoś dał mi czyjeś osobiste szpargały (sprzątał mieszkanie po sąsiedzie) i co z nimi miałam zrobić? Wyrzuciłam do kosza, ale z bólem serca, bo to przecież było czyjeś życie. Nie chcę, żeby taki sam paskudny los spotkał zdjęcia moich bliskich.

Najcenniejsze zdjęcia to te, których jest niewiele. Przyglądam im się wnikliwie, z uwagą, a nawet nabożeństwem, starając się wyczytać z nich wszystko, co możliwe. Kiedyś nie trzaskało się fotek ot tak sobie. Jeśli powstawały, to w wyjątkowych uroczystościach: komunie, śluby, zjazdy rodzinne, u fotografa. Chciałabym, żeby ci, co będą po mnie, przejrzeli zdjęcia moich bliskich z taką samą uwagą. Dlatego muszę znacznie, bardzo znacznie ten zbiór odchudzić. Nikt tego za mnie nie zrobi. A szkoda, bo to nie jest łatwe skazywać na przemiał chwile uchwycone na zdjęciach, których już nie da się powtórzyć.

Wszystko, co na tym świecie ma jakiś sens, jest po coś. Wierzę, że zostawiając potomnym trzy albumy zamiast trzydziestu, oddam przysługę zarówno im, jak i ich przodkom.

A może się mylę?