Śmignęła mi batem nad uchem Sagula, więc piszę 🙂 Wprawdzie bez większego przekonania, że zasłużyłam [nigdy nie pisałam regularnie, jak zresztą większość blogerów] i że ktoś to przeczyta z przyjemnością, ale jak chce, niech ma 🙂

Choćbym nie wiem jak się starała, to kiedy syn jest [bardziej niż zwykle] zagrożony, to moje myśli będą krążyć wokół wieści od niego. No, nie jest tak, że siedzę, rwę włosy z głowy i nie robię niczego innego poza zamartwianiem się. Mam swoje obowiązki, także wobec innych ludzi i pozornie funkcjonuję normalnie. Pozory daje się zachować, bo mam prawie 30-letnią wprawę, ale lęk [mniejszy lub większy] nie odpuszcza nigdy. Jest dożywotni.

Serce jest bardzo specyficznym organem. To taka sprawna, ale i skomplikowana maszyna do podawania krwi. Uszkodzenie jednego elementu odbija się na funkcjonowaniu innych. Można je poprawić operacyjnie, wspomóc farmakologicznie, ale już nigdy nie będzie „jak nowe”. No i wszystko ma skutki uboczne. Naprawdę bardzo niewiele trzeba, żeby ta życiodajna maszyna się znarowiła 😦 A bez serca nie można przeżyć nawet 10 minut. No, chyba, że w przenośni 😉

Na sali z synem jest jeszcze 3 młodych mężczyzn (ok. 35 lat), ozdrowieńców. Ich opowieści o pobycie pod namiotem tlenowym, respiratorem syn określa jako makabra, a wiele w życiu przeszedł i szybko się nie ekscytuje. Wyszli z covidu, ale mają uszkodzone serca. Ich matki, żony, dzieci jeszcze nie wiedzą, czym to pachnie. Oni wszyscy też mają swoje dożywocie.

Poza tym, że czujnie śledzę doniesienia ze szpitala, czytam, słucham wiadomości z kraju i świata, rozmawiam z ludźmi [tylko najbliższymi] Ale na pierwszym planie jest to, co najważniejsze, choć niekoniecznie medialne 😉

Przeraża mnie Nowy Polski Ład, choć nikt nie wie, co to ma być, ale na pewno nic dobrego. Nie wiem, czemu kojarzy mi się z Mao Tse-tungiem.

No więc, tyle na dziś, a zapewne i na jutro, pojutrze…Nic ciekawego. Taki lajf.