Tak naprawdę, to chciałam zadzwonić, podziękować i wyrazić w bezpośredniej rozmowie moją wdzięczność dla tej nauczycielki. Brak mi odwagi, nie chcę wyjść na dupowłaza, który toruje drogę dla wnuczki. Wprawdzie już nie będą spotykać się na lekcjach, ale z jakiegoś powodu mam opory. Napiszę więc tutaj, jak wielką sympatią i podziwem ją darzę, choć nigdy tego nie przeczyta.

Ale może przeczyta inny nauczyciel? Może nawet zastanowi się nad tym? Może będzie jak Pani Patrycja dla mojej wnuczki, dla swoich wychowanków?

Co nauczyciel wie o dziecku, które przyszło mu nauczać i wychowywać? Niewiele. Zaledwie wierzchołek góry lodowej. Nawet, jeśli rodzice są otwarci na współpracę, to przecież wszystkiego powiedzieć się nie da. Jeśli dziecko ma dom i rodziców, sprawiających mu problemy, to nie jest możliwe, żeby zachowywało się w sposób bezproblemowy. Trzeba wiele cierpliwości i odwagi w podążaniu za dzieckiem, żeby poczuło się w szkole dobrze. To takie ważne! Bywa, że szkoła jest dla dziecka jedynym stałym punktem oparcia w życiu, gdy poza nią są wyłącznie ruchome piaski. Pani Patrycja umiała tak pracować z moją wnuczką, że kończąc trzyletni okres nauki wczesnoszkolnej nie tylko w nauce osiągnęła celujące wyniki (kujonka 🙂 ), ale i jej zachowanie poprawiło się na tyle, że jego opis na świadectwie, to czysta przyjemność i miód na serce jej bliskich. Bo ktoś dał jej szansę.

Oczywiście, bywa też dokładnie odwrotnie, paskudnie, wręcz obrzydliwie, jak w szkole, gdzie wnuczka chodziła do zerówki. Dla ścisłości, to była szkoła społeczna. A raczej – jest. I tyle. Na więcej słów nie zasługuje.

Pani Patrycjo, nigdy, jako bliscy wnuczki, nie zdołamy się Pani odwdzięczyć za całe dobro, cierpliwość, zrozumienie, a nawet bardziej – zaufanie, które jej Pani okazała, w naprawdę bardzo trudnym dla niej czasie. Mogła na Pani polegać. Nie bała się Pani. Ufała Pani. Czuła się bezpieczna. Czy można dostać więcej? Za wszystko to, ma Pani w moim sercu kącik dla siebie, bo „dziękuję”, to stanowczo za mało.