„Myszy i ludzie” 😉 Myszom odpuszczę, ale ludziom poświęcę więcej uwagi, bo jeśli jeszcze nie piszczymy, to niebawem będziemy.

Pewnie niewielu z Was, i dzięki Bogu, ma na bieżąco kontakty z procesami sądowymi. Ja, ku mojej czarnej rozpaczy, mam. I tu surprise! Nowości. Tego by największy…geniusz nie wymyślił. Teraz świadkowie, którzy mieszkają powyżej jakiejś tam liczby kilometrów, nie muszą się stawiać w sądzie, gdzie odbywa się rozprawa. Odpowiadają zdalnie. Znaczy mailowo 🙂 Powód, sędzia i pozwany muszą mu przedstawić pytania na piśmie i jeszcze poinformować o treści tych pytań stronę przeciwną. Adwokaci mogą się gonić. Akurat w syna sprawie zmiany te weszły, kiedy mają zeznawać świadkowie synowej. No, po prostu zeznawać, nie umierać (ze stresu). To oczywiście przypadek, ale kiedy sobie pomyślę, jak byłoby mi prościej w domku i nie dusząc się w maseczce, na chłodno opracować odpowiedzi, nie być zaskakiwaną przez adwokata synowej, to szlag mnie trafia. Powie ktoś, to w takim razie dobra zmiana. Nie. Podam to na przykładzie:

Świadek synowej, przez syna zwany Ola-patola 🙂 opowiadała o tym, jak biedna synowa się urabiała po łokcie, gdy syn sobie nic nie robił. To była osoba prawie obca, poznana przez synową przypadkowo. I wtedy przycisnęła ją adwokatka, czy wie o tym praniu, gotowaniu, prasowaniu itd. od powódki, czy była tego świadkiem? Jasne, że widziała na swoje własne oczy! Zapytała ją więc, gdzie była pralka? Zeznała, że w łazience. Okazało się, że w ogóle nie mieli pralki (wiele sprzętów było wspólnych z moimi rodzicami, bo mieszkania były obok). I tyle w temacie. Sędzia nie miał więcej pytań.

Teraz adwokat nie będzie miał możliwości takiej korekty zeznań. Nikt nie będzie miał. Podobno to zmiany związane z Covidem…Pytania sędziów też świadek będzie znał wcześniej. Ja p……..ę! (sorki Jotko, ale innego słowa oddającego mój stan ducha nie znalazłam).

Teraz o tym, jak PiS z sercem na czystej dłoni, chce otoczyć opieką niepełnosprawnych. To temat mi bliski, bo byłam kiedyś, przeszkoloną, a jakże, konsultantką ZUSowską. Czy wiecie, kogo uznaje się za osobę niepełnosprawną? Pewnie nie. Od lat 90-tych, to ktoś taki, kto z racji swojej choroby nie może lub może w stopniu ograniczonym, wykonywać swój wyuczony zawód lub pracę, którą wykonywał do czasu zachorowania. Wcześniej niepełnosprawność określało się w/g procentu uszczerbku na zdrowiu. Teraz dowiaduję się*, że ma być zmieniona definicja niepełnosprawności. Będzie to mianowicie, taka osoba, która nie może wykonywać żadnej pracy. Gdyby się uprzeć, to nawet bardzo ciężko poszkodowany przez los coś tam robić może. Tylko, kto go zatrudni? I ja nie mam na myśli, jak zwykle ludzie mają, wyłącznie niepełnosprawności ruchowej. Są schorzenia, trwałe, kiedy chory przebywa częściej w szpitalu, niż w domu. Każdy lekarz da mu L4, ale czy pracodawca będzie go chciał? Z czego więc będzie żył, kiedy już w tej chwili renta inwalidzka uniemożliwia samodzielne życie, poza rodziną?

Oba tematy ledwo liznęłam, licząc na to, że resztę dopowiecie sobie sami. Lub zapytacie 🙂 To nie są łatwe tematy. W jednym i drugim chodzi o pieniądze. Cenię sobie oszczędność publicznego grosza, ale akurat rząd, który trwoni naszą publiczną krwawicę bez opamiętania, jest ostatnim, mającym prawo, być tak bezdusznym wobec najsłabszych.

A tak przy okazji: jako, że pojawili się blogerzy, którzy swą aktywność (nie, u mnie już nie) wzmagają w okresach przedwyborczych 😉 można mieć nadzieję, że te odbędą się wcześniej, niż później.

*https://www.fakt.pl/pieniadze/spada-liczba-rencistow-zus-odbiera-renty/8jk5gxk