Temat, o którym chcę napisać w żadnej mierze nie zawiera tezy, a jedynie wątpliwości.

Na początek może fakty. Jako obywatele RP jesteśmy różni. I byliśmy, nic nowego. Tyle, że teraz nie tylko jesteśmy różni, ale i mocno skonfliktowani. Rząd ciężko się napracował nad tym, żeby nas podzielić i nie widzę sposobu, żeby to zmienić. No i co z tym faktem zrobić? Jedni drugich nie przekonają, więc może pozwólmy każdej ze zbiorowości żyć po swojemu? Mniejsze od Polski kraje, nie mówiąc już o większych, mają swoje landy, kantony, stany, z naprawdę dużą autonomią. Funkcjonują dobrze, bez wzajemnych waśni i sporów, nawet jeśli dzieli ich język urzędowy. Powie ktoś, że u u nas są władze wojewódzkie i liczne gremia samorządowe, tyle, że nawet na tę protezę samorządności robi się zamach. Coraz więcej zależy od tego, czy władze centralne lubieja 😉 region lub gminę, czy nie. Uważam, że np. Podkarpackie, Małopolska, Podlasie ma prawo być jakie jest i ogłaszać się strefą wolną od…czegokolwiek, ale z wszystkimi tego konsekwencjami. Chcą socjalu – i proszę bardzo, pod warunkiem, że najpierw tę kasę na plusy sami wypracują. Co to znaczy zrównoważony rozwój? Oznacza, że jedne regiony wypruwają sobie żyły, żeby z ich podatków pożywił się ktoś inny. To demoralizuje.

Co budzi zatem moje wątpliwości? Bywają samorządy, które spisują się fatalnie. Powie ktoś, takiego prezydenta lub wójta sobie wybrały. I to prawda. Zdarza się tak najczęściej tam, gdzie grupa zaradnych ludzi schlebia najmniej świadomym wyborcom, poprzez bezczelny, ale skuteczny, PR, lekceważąc zupełnie prawdziwe potrzeby gminy. Tylko, czy centralizacja coś w tym względzie pomoże? Nie wiem.

Inna moja wątpliwość jest taka, że autonomia np. obecnych województw, choć niekoniecznie tak mógłby wyglądać podział terytorialny, to niebezpieczny (?) krok w kierunku ewentualnego oderwania się jakieś części Polski. Doświadczeni rozbiorami jesteśmy na taki scenariusz bardzo wyczuleni. Czy te obawy są realne? Nie wiem.

Same wątpliwości mam i pewnie nigdy by mi do głowy nie przyszły, gdyby sytuacja w kraju coraz bardziej nie przypominała bezhołowia. Nie dość, że rząd sam z sobą nie umie sobie poradzić, to jeszcze zamienia w…no, nie w złoto, czegokolwiek się dotknie: służbę zdrowia, sądownictwo, oświatę, inne służby. Odpowiedzialność gdzieś po drodze się rozmywa, a pieniądze budżetowe giną w licznych strukturach administracyjnych. Wiadomo nie od dziś, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Jakby nie było problem jest i będzie, jeśli się go nie rozwiąże.