Dużo, wszystko na raz i nic dobrego. Czyli normalka 😉

Syn spuchł gwałtownie i paskudnie (czyli przerażająco). Na coś się uczulił, ale nie było czasu na określenie alergenu, bo reakcja była zbyt gwałtowna. I postępująca. Już tak kiedyś miał, ale wtedy był w szpitalu. Teraz, w dobie Covidu, to marzenie ściętej głowy. Na szczęście mamy odważną i mądrą lekarkę rodzinną – poleciała z grubej rury: potrójna dawka środka odczulającego i sterydy. Gdyby się dusił – pogotowie. Tyle, że miał kwarantannę, ze względu na córkę. Ona sama była zdrowa, ale jej koledzy w klasie już nie. Sam też musiał, na wszelki wypadek, się wymazać. Czy muszę pisać, ile nerwów zjadłam? Do wyrzygania.

W między czasie spotkało mnie dużo przykrości, zupełnie niepotrzebnych i niezasłużonych. Nie jest mi z tym dobrze, ale musiałam…być niemiła. Podziałało. Smutno mi. Czasy są takie trudne, czy więc nie lepiej by było, gdybyśmy dla siebie byli po prostu dobrzy?

Potem sprawa z tym okiem. Jedynym. Jedno pożarł mi Toczeń. Wizyta, oczywiście prywatna, u lekarza, którego znam i któremu ufam. Wskazane jest kontrolne badanie rezonansem, ale odmówiłam – nie stać mnie. Zasugerował, że może z NFZ? Żartowniś 😉 Doskonale wiem, jak by to wyglądało. Dla pacjentów nie-Covidowych jest 25% mocy medycznych, a przecież wielu walczy o życie. Dostałam lek. Nie odważyłam się go zażyć, bo to straszna kobyła, ale zobaczyłam jakim tropem idzie jego myślenie i znalazłam coś innego, w sumie 🙂 podobnego. Zobaczymy…

Młodszy „uciekł”, a właściwie uciekł na jakąś małą wyspę w Hiszpanii. Przed pandemią uciekł, a właściwie przed jej niezaszczepionymi nosicielami i dupiastym rządem, który niczym nie zarządza. Uciekł tam, gdzie jest polityka i władze, które go chronią. Niestety, niedługo wraca. Niestety, bo znowu będę musiała się bać także o niego.

Po co o tym piszę? Żeby pokazać na swoim przykładzie, wcale nie wyjątkowym, jak ciężko żyje się w pandemii. Mogłabym sypać przykładami jak szuler asami z rękawa. Wy pewnie też. „Normalne” leczenie „normalnych” chorób praktycznie nie istnieje, bo wszyscy są zajęci opieką nad walczącymi o życie, najczęściej niezaszczepionymi, Covidowcami.

Taka historia:

Znajomi Starszego, małżeństwo z dzieckiem w wieku mojej wnuczki. Eco, sport, skałki, rowery górskie i takie sprawy. Typ niezniszczalnych. Oczywiście, niezaszczepieni. Ale wirus nie wybiera i ich dopadł. Dotkliwie. No, więc dzwonią na pogotowie. Dostali kwarantannę. Cali w pretensjach, że nikt ich nie osłuchał, nie zobaczył, nie pomógł i do tego policja budziła ich o 6-tej rano, żeby się pokazali w oknie. Skandal! A ja tak sobie myślę, że kiedy ratownicy usłyszeli, że są niezaszczepieni, czyli jedni z tych, co mieli ich, ratowników, lekarzy, pielęgniarki w doopie i skazywali ich niepotrzebnie na męki pracy w nieprzepuszczających powietrza kombinezonach, to jeśli mieli wybierać, a często muszą wybierać, to woleli pojechać do kogoś, kto zadał sobie trud zaszczepienia się. Oczywiście wcale tak nie musiało być, tyle, że służba medyczna to tylko ludzie i im też mogą puścić nerwy: jak z ciebie taki twardy legionista, to maszeruj albo giń.

Jestem już za stara na takie atrakcje. Marzę o spokoju i stabilizacji. Tak, ludzie mają prawo do wyboru, ale to zupełnie coś innego, niż bezhołowie. Na Mazowsze, Małopolskę, Śląsk zaraza przyszła tym razem ze wschodu. Te rejony trzeba było po prostu wyizolować, bo prawa niosą za sobą i obowiązki oraz konsekwencje. Tam było najmniej zaszczepionych osób. Przy pierwszych falach im się upiekło, bo nie było jeszcze szczepionek, więc wirus szalał wszędzie. Teraz stali się doskonałymi żywicielami dla wirusa. W ten sposób nigdy nie wyjdziemy z pandemii, a ja już mam jej serdecznie dość. Tylko kogo to obchodzi?