Jeśli ktoś przeczyta tytuł notki w porze obiadowej, to pewnie skojarzy mu się on z bukietem z warzyw; jeśli wieczornej – może z bukietem wina. Ja mam na myśli jednak zwyczajne bukiety kwiatów, a konkretnie te wręczane Prezesowi. Im mniejsza gmina, tym większy bukiet. W założeniu jest to zapewne wyraz sympatii, choć często mam wątpliwości.

Po pierwsze dlatego, że obdarowywanie mężczyzn kwiatami jakoś mi zgrzyta, ale to moja prywatna ocena i spierać się z inną nie będę. Po drugie bukiet, a nawet pojedynczy kwiat, trzeba umieć „nosić”, a Prezes ewidentnie sobie z tym nie radzi. Po trzecie, te bukiety są naprawdę upiornie wielkie i Prezesa ledwo zza nich widać. W efekcie Zbawiciel zostaje kompletnie spacyfikowany monstrualnym badziewiem, który trzyma, jak maczugę. Aż mi go żal 🙂 Bo jest jeszcze…

…po czwarte: nie ma nikogo, kto by go od tego balastu uwolnił. Każdy, kto kiedykolwiek pracował w instytucji organizującej czasami imprezy z oficjelami, wie, że kwiaty się pojawią i że potrzebna jest asystentka/asystent, odbierająca florę od np. zacnego jubilata. To może być z-ca albo wice albo ktoś przez tych ostatnich wyznaczony. Nagle uświadomiłam sobie, że Prezes nie ma żadnego zaufanego asystenta. To wiele mówi o charakterze przywódcy, nieprawdaż?

Jakby nie było, widok jest komiczny. Czy tylko ja to widzę? Czy naprawdę nie ma nikogo, kto by zwrócił mu uwagę na te bukiety. Albo buty. Albo…Nie będę się już znęcać. Czy sam nie dostrzega, jak fatalny wizerunek własny kreuje? Być może. Ale w takim razie, to ja się jeszcze bardziej boję 😦

W szkole wnuczki zbiera się podpisy rodziców pod zgodą na podanie dziecku Płynu Lugola. Jestem tym przerażona 😦 Rosja robi potężne zapasy Jodku potasu.