Każdy ma jakiś obraz własnej osoby. Obraz taki, jak dzieło sztuki, ma swoją cenę. Zazwyczaj ją znamy i zgodnie z nią podejmujemy (lub nie) różne aktywności. Oczywiście, osobista wycena nie zawsze pokrywa się z tą społeczną. Bywa wobec tej ostatniej zawyżona lub zaniżona.

Skąd wiemy, ile naprawdę jesteśmy warci? Tak, wiem, że każdy jest tak samo ważny jako człowiek, ale już np. jako lekarz, polityk, partner, kochanek, ojciec, przyjaciel wartością się różnimy i to chyba nie budzi żadnych kontrowersji. Kontrowersje zaczynają się wtedy, kiedy następuje rozbieżność między wyceną własnej osoby przez Xksa, a jego odbiorem przez otoczenie.

Może to odbywać się w dwóch kierunkach: jedni nie dopuszczają do siebie faktu, że nie powinni zajmować prestiżowych stanowisk i podejmować brzemiennych w skutki decyzji, bo zwyczajnie brak im wiedzy, doświadczenia, inteligencji; drudzy, którymi takim atutami dysponują, także nie dopuszczają tego do siebie. Jedni się przeceniają, drudzy nie doceniają. Skąd się bierze tak nieadekwatna samowycena? W tym momencie pewnie myśl niejednego czytelnika pobiegnie ku dzieciństwu, tyle, że to dość złudne wytłumaczenie, choć nie do końca fałszywy trop, bo czy naprawdę rodzice mają wyłączność na nasz własny wizerunek? Jest jeszcze grupa rówieśnicza, odgrywająca niepoślednią rolę w kształtowaniu obrazu własnej osoby. Czyj wpływ jest większy? Jakby nie było, moim zdaniem dzieciństwo jest okresem decydującym.

Dobrze by było, gdybyśmy potrafili wyceniać się różnorodnie: np. jestem fatalnym ojcem, ale dobrym mężem. Niby nic trudnego, ale jakże rzadkie. Jeśli ktoś się wycenia wysoko, to zazwyczaj w każdej sferze. I odwrotnie – ci z niską oceną siebie, zawsze będą żyli z poczuciem niedostatków osobistych, a odbiegające od ich wizji reakcje zwrotne otoczenia, będą przyjmować z niedowierzaniem lub wręcz z nieufnością, bo przecież kiedyś, ktoś…coś…

Takie dziary z dzieciństwa tkwią w nas jak ciernie, zbyt głęboko osadzone, żeby się ich pozbyć. Pamiętacie takie sytuacje z tego okresu, kiedy coś Was bardzo zabolało? Ja tak. I choć minęło tyle lat, nadal bolą. Bo wtedy nie umiałam postawić się im, obronić. Spotkałam potem tych swoich prześladowców, jako dorosłych i… nic się nie zmieniło. Powie ktoś „olej”, ale to nie takie proste. Ja nic im złego nie zrobiłam, ale byłam INNA, nawet często nie będąc tego świadoma, a tego się nie wybacza.

Reklama