Dwa dni temu zmarł mój kuzyn. Covid, a w konsekwencji rozległy zawał serca. Był w doskonałej formie fizycznej: żadnego brzuszka, robił 40km na rowerze dziennie, badał się – idealne wyniki, nie palił. I chyba to poczucie zdrowia i siły go zgubiło. Nie zaszczepił się.

Mam dużą wyrwę w sercu. Nie sądziłam, że był dla mnie tak ważny. Nie byliśmy skłóceni, ale i nie piliśmy sobie z dziubków. Wychowywaliśmy się razem, potem nasze drogi się rozeszły, choć w ten, czy inny sposób był obecny w moim życiu – mieszkamy niedaleko siebie. Jest mi dodatkowo źle, bo synowie zdecydowali, że na żaden pogrzeb nie pójdę w środku pandemii. Poza tym…ja nie jestem w tak dobrej kondycji, a raczej wprost przeciwnie, jak on przed Covidem.

Syn zapytał mnie: ale wy chyba nie byliście blisko? I stąd ten post. Bo chyba jednak byliśmy, tyle, że dopiero teraz to wiem 😦 Bo to nie jest tak, że o bliskości decydują częste kontakty, pełne słodkich słówek relacje. Co więc o niej decyduje? Bardziej to przeczuwam, niż umiem nazwać. I czy trzeba braku tej osoby, żeby docenić jej wartość dla nas?

Dosłownie dzień przed jego śmiercią natknęłam się na zdjęcie rodzinne: on z bratem i rodzicami. Zamierzałam usunąć zdjęcie, bo potrzebna mi była ramka. Teraz już tego nie zrobię – tej rodziny, całej, już nie ma, a przecież każdy z tej fotografii odegrał ważną i dobrą rolę w moim życiu. Czemu tak wcześniej nie myślałam?

Nie lubię pogrzebów. W ogóle nie lubię żadnych ceremonii. Jednak tego pogrzebu będzie mi brakować. Co za okrutne czasy 😦 Na Śląsku masa zakażeń. Młodszy zmaga się z Omikronem, ale w domu, niemniej to nie jest „zwykła grypka”. Jak się naprawdę czuje dowiedziałam się przy okazji jego impulsywnej wypowiedzi – przekonywania mnie, że mam siedzieć na…tyłku w domu. W domyśle, bo gdyby co, to zawisnę na szyi Starszego, który i tak ma 1000 problemów, choćby z kwarantanną wnuczki.

Jaki był mój Kuzyn? Upierdliwy 🙂 Starszy o 7 lat do końca się mną „opiekował”, co często przejawiało się w krytyce, ale teraz wiem, że mu na mnie na swój sposób zależało. On mnie nauczył grać w noża, w Makao, jak obierać ogórki, a w ostatnich latach, jak dbać o groby moich rodziców i ile razy w miesiącu 😉 Wiem, że miał do mnie jakieś żale i planowałam, że jak tylko TO się skończy (TO miało, jak u Kinga, różną postać na różnych etapach życia) to spotkamy się na kawie i szczerze porozmawiamy. Już nie porozmawiamy 😦

Z czwórki kuzynostwa zostałam już tylko tylko ja…Zmarli zbyt młodo. Żadne nie dożyło 74 lat. W jakimś sensie mnie osierocili, bo sama nie mam rodzeństwa.

I znowu sobie postanawiam, że koniecznie muszę spotkać się z jego żoną i przede wszystkim z córką…Tyle, że sama nie wierzę w te swoje postanowienia 😦 Bo TO jest wiecznie żywe.